Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że nie dla mnie pobudki przed wschodem słońca. Nigdy się nie siliłam na taki heroizm, dla kilku ładnych kadrów. Okazuje się, że „na wakacjach” człowiek ma zupełnie inaczej. Że wstaje z ochotą, że nie ma zamiaru marudzić bo poza kołderką zimno, czyli kosta. Tak więc aż dwa razy w ciągu jednego wyjazdu wygramoliłam się z cieplutkich pieleszy łóżeczkowych. Baaaa, nawet bez ociągania wspięłam się wyżej, bo jak to w górach, słońce wstaje zza najwyższej góry zamiast grzecznie zza niższego poziomu wysokości.

Na początku jeszcze towarzyszyło nam odczuwalne zimno, ale zapowiedź ognistego spektaklu już widać było na horyzoncie. Wkrótce pierwsze blaski promieni rozpoczęły popis tańców między krzewami i trawami. Zanim słońce wspięło się wyżej jeszcze pajęczyny popisywały się brylantowymi naszyjnikami kropel. Mimo, że całkiem się rozjaśniło, to wracaliśmy w otoczeniu mgieł, przez które przebijał się tajemniczy blask odległego słońca….