Koniec szkoły, egzaminy, małe stresiki i wystawa. Tak mnie więcej wyglądał koniec stycznia dla mnie i koleżanek oraz kolegów z kursu fotograficznego. Egzaminy zdane, co było do przewidzenia, a my postanowiliśmy kontynuować nowo rodzącą się tradycję naszej szkoły. 

         Zrobiliśmy wystawę, która miała być pewnym elementem podsumowującym prawie dwa semestry nauki, ciężkiej pracy twórczej, rozwijania swojego podejścia do fotografii, a może i stworzenia nowego patrzenia na otoczenie.

        Z dumą, po jak zwykle wytężonej pracy, razem z naszym wykładowcą mogliśmy 30 stycznia 2016 roku zaprezentować własne dokonania. Zmierzyliśmy się z niezwykle, jak się okazało, trudnym tematem, jakim jest „emigracja”. W założeniu chcieliśmy się oderwać od znanego nam z mediów podejścia do tematu. Szukaliśmy pozytywnego wyrazu tego pojęcia, ale nie umiem do dzisiaj stwierdzić, czy udało się to nam w 100%.

 

 

             Powyżej moje prace, wraz z jednym zdjęciem, które nie załapało się do wydrukowanego cyklu. Starałam się stworzyć historię o emigrowaniu z jakiegoś zamknięcia, w przestrzeń, w światło. Z pewnością w coś bardziej pozytywnego, niż zamknięcie i ściany z każdej strony…….. Jednak zaskakujące okazało się to, że czy to z powodu otaczającej aury pogodowej, czy też zbyt małej ilości słońca, nie do końca udało mi się wyemigrować te przestrzenie, które sobie założyłam na samym początku. Okazało się, że mimo pełnej kontroli nad procesem twórczym, nie musimy wcale otrzymać tego co byśmy chcieli. To właśnie jest w tym wszystkim najlepsze, bo zabiera nas w przygodę i podróż, której koniec nie jest do końca przewidywalny.